środa, 6 marca 2013

Kurs wikliny - sprawozdanie z wyjazdu :-)

No to piszę już o tej wiklinie... Nie, nie to, że nie chcę lub, że nie było fajnie! Było świetnie! ... Tylko padnięta jestem...
A było to tak....
Kurs trwał od poniedziałku do piątku wieczoru. Nasza 4 dziewczyn z Kaszub wyruszyła w niedzielę wczesnym rankiem. Nie śmiać się teraz proszę! Nie, nie jechałyśmy cała dobę, a wyjazd poranny był w planie, ale jak to plany nie wyszedł... Otóż w niedzielę rano obudziłam się i stwierdziłam spory wzrost pokrywy śnieżnej... Tak średnio do 40cm!!! Do tego ciągle sypało. Pierwsza kobitka, Kaśka Bellingham zresztą : -) dotarła do mnie z godzinnym opóźnienie! Nie mam jej tego za złe, bo sypało makabrycznie. Tak, więc zamiast o 7: 00 wyruszyłyśmy o 8:30. Wyruszyłyśmy jednak nie do Warszawy a do Poznania. Właśnie, dlatego wyjechałyśmy w niedzielę, a nie w sobotę. Plan był niby prosty, a jednak dość zagmatwany... Otóż do Łucznicy, która jest pod Warszawą pojechałyśmy przez Poznań, po to żeby zahaczyć o wystawę ogrodniczą GARDENIĘ.

Do Poznania dojechałyśmy po południu. Wystawa  w tym roku zrobiła na nas średnie wrażenie za to na stoiskach z regionalnymi potrawami były same frykasy i tu wrażenie było znacznie lepsze...smaczniejsze :-) Wieczorkiem zwiedziłyśmy sobie stare miasto... Mmmm, jakie tam mają pierogi z pieca... Palce lizać! Ze szpinakiem, z soczewicą, i ruskie, i z mięsem i z różnymi serami...

W poniedziałek rano ruszyłyśmy z Poznania do Łucznicy. Akademia Łucznica oferuje wiele ciekawych kursów, a my wybrałyśmy wiklinę I stopnia :-)
Kurs w  rozpoczynał się obiadem o 14:00. Potem zapoznanie się z miejscem i pierwsze zajęcia z Adamem Bieńkowskim. W pierwszym dniu uczyłyśmy się podstaw.


Takie gładkie kosze wykonujemy z wierzby okorowanej. Można też robić różne formy ogrodowe z wierzby nieokorowanej oraz ze świeżej wikliny, jeżeli chcemy, żeby nasze dzieło pozostało przy życiu :-)

Na początku uczyłyśmy się jak zrobić koszykowe dno. Nie jest to wcale takie łatwe. Musiałyśmy nauczyć się obsługi kilku podstawowych narzędzie, bez, których nie da się zrobić praktycznie nic...


 Potem jak zrobić boczki okrągłego koszyka :-) Było stukanie i pukanie, i sporo śmiechu.

 
Po ukończeniu podstawowych koszyczków zabrałyśmy się za inne ciekawe wzory. Odeszłyśmy nieco od programu.. Każda z nas robiła inną formę. Powstały różnorodne kosze, stożki, płotki, kwiaty, jedna wiklinowa butelka, a mnie udało się upleść ważkę :-)



Naszą naukę rozdzielało śniadanie, obiad i kolacja. I powiem szczerze, że każda z nas nie mogła się doczekać posiłku. Okazało się, że praca przy wyplataniu wymaga sporo siły i dobrej kondycji. Czwartego dnia byłyśmy już bardzo zmęczone...A piątego ledwo się ruszałyśmy!

 Akademia mieści się w przepięknym dworku oraz kilku zabudowaniach gospodarczych, które otoczone są przepięknym parkiem. Park zyskuje tym bardziej, że wszędzie znajdują się dzieła sztuki, tworzone podczas kursów i plenerów. Kiedy przyjechaliśmy było mnóstwo śniegu, więc było widać tylko największe formy. Jednak z dnia na dzień śniegu ubywało i naszym oczom ukazywały się coraz to mniejsze rzeczy z gliny i z wikliny. Śmieszne, a czasem przerażające twarze wyłaniające się z pod krzewów, nadziane na sztachety płotu ozdobne sowy i kaczki, diabełek na studni oraz ceramiczne liście na drzewach.


 Akademia Łucznica jest wspaniałym miejscem! Nie tylko ze względu na same miejsce oraz fantastyczne kursy. Bo czym były by bez prowadzących je ludzi. Świetnej, przesympatycznej kadry zapaleńców z olbrzymią pasją! Serdecznie dziękujemy Adamowi, Michałowi oraz Justynie, która prowadzi warsztaty ceramiczne.
A za 2 tygodnie wybieram się właśnie na ceramikę :-)



8 komentarzy:

  1. Doczekałam się fantastycznej relacji z kursu , z tego co widać poszło Wam świetnie , jestem pod wrażeniem , choć ostatnio wiklina mnie rozczarowała , otóż będąc na giełdzie kwiatów , kupiłam kosz taki większy od producenta , który zachwalał przy okazji swój kunszt , a w domu na tymże koszu zobaczyłam karteczkę MADE IN CHINA , czyli wyroby nie nasze tylko sprowadzone , jak dorwę kiedyś gościa to ....
    Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i to jest podstawowy problem naszych artystów!! Zupełnie nie opłaca się nic robić przy tych małych chińskich rączkach... Ale my się tu będziemy starać propagować nasze Polskie wyroby! Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ech nasza nadwiślańska rzeczywistość. Już to przecież słyszeliśmy: Chińczyki trzymają się mocno. A i mocniej z dnia na dzień.

    Właśnie dzisiaj usłyszałam, że z chińskiej inicjatywy (nie wiem tylko czy i przy wykonaniu - pewnie tak) powstanie Titanic 2 ... a 40 tysięcy osób już jest wstępnie zainteresowanych dziewiczym rejsem, przy nieznanych jak na razie kosztach biletu...

    Wiklinowe cacka - śliczne. Walcz Agnieszko i propaguj co nasze! Bo warto a i chyba zaczynamy baczniej przyglądać się co na etykiecie...

    Ja z Kazimierza nad Wisłą, kilka lat temu przywiozłam sobie pięknego, witrażowego motyla (a propos), kupionego w galerii artystycznej. Po powrocie do domu przeżyłam zdziwko jak Ilona: made in china.

    Chińczyki trzymają się mocno! A co?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie chińszczyzny nie będzie!!! O!!! Tylko to co upleciecie, namalujecie, wyhaftujecie... Pozdrawiam :-)

      Usuń
  3. ech... nie tylko u nas zalew chińszczyzną jest..i rosną w siłę to fakt..nawet na targu w Serakòjcach ciężko coś miejscowego uświadczyć..może poza truskawkami w sezonie :D..

    relacja z wiklinowego kursu fajna..ja się nie nadaję do takich czynności, na 100% krew by się polała .. gratuluję talentu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hi,hi... U nas truskawki chińskie też dostaniesz jak byś chciała ;-) Ale na szczęście w lecie słodkie Kaszubki prosto z pola można kupić. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Aguś, dzięki jeszcze raz z wspólną przygodę z wikliną. Mam nadzieję, że dobrze spędzisz czas na ceramice! :))) Pozdrawiam Twoją Mamę! :)
    Na warsztatach z białej ceramiki nasłuchałam się od znawców tematu o szkodliwości sprowadzanej współcześnie chińskiej porcelany i zaczynam być czujna. Nie zawsze to, co ładnie wygląda nadaje się do serwowania żywności. Ponoć nie ma już na naszym rynku nie szkodliwych, czyli nie toksycznych porcelanowych naczyń z Chin od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Problem głównie tkwi w szkliwie. Okropność!
    Warto wspierać tutejsze, nawet, jeśli ciut brzydsze i do tego droższe ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, przekażę pozdrowienia mamie :-) Razem jedziemy na ceramikę!! Oczywiście będzie sprawozdanie. Też słyszałam od kolegi z hurtowni, że ta chińska porcelana jest bardzo niezdrowa. Jeżeli się nie mylę to mówił coś o dużej zawartości ołowiu w szkliwie. Byłam w Chinach i z jednej strony strasznie mi żal tych ludzi, z drugiej buntuję się przeciwko spychaniu naszych zdrowych produktów gdzieś na margines opłacalności produkcji... Serdeczne Cię pozdrawiam!

      Usuń